Na głupotę... kreskowanie!

5 Grudzień 2018
Jest z nami i z Wami od początku istnienia „Łącznika”. Nawet, gdy ze szpalt wieje śmiertelną powagą, jego „kawałek” zawsze wywoła uśmiech. Gromki rechot, ciche parsknięcie, nieznaczne uniesienie kącika ust… Każdy zaczyna lekturę od strony z „Piórkiem Cepra”. Czyż nie? Przyznajcie się! W piątek promocja książki!

Ze 300 rysunków się uzbiera… Liczę naprędce. Tak! Kilkaset już razy, za sprawą „Łącznika”, gościł w Waszych domach Ceper i jego piórko, tropiące absurdy i śmiesznostki codziennego życia. A ja kilkaset razy miałam przyjemność wysłuchać genezy powstania rysunku, przedstawionej w równie dowcipny sposób. Ile łez ze śmiechu wylałam i ile razy bolał mnie trzęsący się brzuch… wiedzą tylko koleżanki i koledzy z redakcji. I zazdrościli tych rozmów z panem Władkiem Kuczerem. Bo Ceper poczucie humoru ma ostrzejsze od brzytwy, a piórko którym rysuje potrafi celnie, choć nie śmiertelnie zranić. Inteligencja sunie w parze z ironią, złośliwość tańczy wespół z łagodną pobłażliwością. Niech drżą ci, których za ich głupotę, upór i absurdalne działania, trzeba ukarać! Obśmiać i wypunktować.

- Taaa… Ty chyba zauroczona tym Ceprem jesteś – zagląda mi przez ramię naczelny Czyżniewski i przerywa potok słów, które chcą się ze mnie wylać. – Ty tu pierdu, pierdu, jak było w dymku na jednym z rysunków, a ja przecież cię prosiłem o tekst z okazji promocji książki.

Ma rację. Poszybowałam. W przeciwieństwie do pana Władka, jak coś przeżywam, to nie rysuję, tylko piszę albo gadam. – Ja też gadam, sama pani wie. Ale najlepiej komentuje mi się piórkiem. I farbkami. Chociaż od niedawna, co pewnie wnikliwi Czytelnicy zauważyli, zmieniłem „technologię”. Warsztat rysownika z analogowego staje się cyfrowy. Takie czasy… - śmieje się Ceper. A ja razem z nim. Bo co mi tam, że tablet wypiera kartkę. Ważne, że Ceper to nadal… Ceper.

Skromny (nie lubi tego określenia), więc nie bardzo chciał, bym pisała o nim. Tak jak nie bardzo chciał, by Towarzystwo Miłośników Zielonej Góry WINNICA wydało tomik z jego rysunkami. I żeby jeszcze robić z tej okazji promocję. – Ociągałem się, ile mogłem. Aż w końcu zadzwoniła wiceprezydent Wioleta Haręźlak (miasto pomogło finansowo przy wydaniu – dopisek dsp.) i ochrzaniła mnie, żebym przestał dyskutować – wspomina Ceper. – To przestałem. Lubię panią wiceprezydent. Wyciągnęła mnie kiedyś za uszy z niebytu, kiedy przestałem rysować po śmierci redaktora Jurka Mischkego z „Gazety Lubuskiej”. To dzięki Jurkowi zacząłem kreskować na łamach prasy. Kiedy go zabrakło, jakoś straciłem serce… Wioleta mi je wróciła.

Pan Władek publikował w „GL” i wielu innych, regionalnych tytułach. Dziś gości regularnie w „Łączniku” oraz w ogólnopolskim tygodniku „Angora”. Tomik, o którym mowa to ok.190 stron ujarzmionych w zgrabnej, kwadratowej formie. Będzie go można obejrzeć i spotkać się z jego autorem w piątek, 7 grudnia, o 17.00, w Bibliotece im. C. Norwida, w galerii wystawowej sąsiadującej z salą im. Janusza Koniusza (sala Dębowa). Większość rysunków znacie z „Łącznika”, ale są też rarytaski u nas nie publikowane. Pełno tu różnej maści bałwanów (także ze śniegu), zwierzaków (świnie co rusz przecież ktoś podkłada), Bachusików (wysyp szczególnie podczas Winobrania), polityków (nie mylić z panami w czerwonych czapeczkach z dzwonkami – to błazny), pyskatych dzieciaków, kibiców i kiboli, żon i mężów (czasem przyłapanych w innym towarzystwie), sąsiadek i sąsiadów (często to właśnie inne towarzystwo), więźniów, lekarzy, księży, panów spod przysłowiowej budki z piwem oraz, zdaniem autora, prawdziwych piewców życiowych mądrości – ludzi doświadczonych przez los. – To moi ulubieńcy, potocznie i nieładnie nazywani „menelami” – tłumaczy Ceper. - Doskonali obserwatorzy rzeczywistości, których z kolei ja lubię podglądać.

A Ceper podgląda, oj podgląda. I obserwuje. Na spacerze, w sklepie, szkole, urzędzie, przychodni… i na kanapie, przed telewizorem, podczas ulubionego „Szkła kontaktowego” w telewizji TVN. – Syn kiedyś wysłał do programu mój rysunek, ja nic nie wiedziałem. A tu nagle redaktor Miecugow pokazuje go widzom i śmieje się. Ale mi się fajnie zrobiło! – wspomina. Syn potrafi też wrzucić cichaczem komentarze taty do Internetu albo… sprezentować nowoczesny sprzęt do cyfrowego rysowania. Choć rodzina właściwie nie komentuje w żaden sposób jego pasji. - Nie słyszę ani pochwał, ani krytyki - przyznaje Ceper. – Bo moja żona to matematyczka. Wie pani, że rozśmieszyć matematyka to sztuka? Hmm… Mnie się w sumie udało. Żona się śmiała. Chociaż zupełnie z czegoś innego niż ja…

O natchnienie się nie martwi. - Nigdy mi go nie zabraknie. Bzdury zawsze będą. Niezależnie od czasów, obyczajów, ekipy rządzącej – przyznaje Ceper. Nie ma ulubionego tematu. - Jest we mnie chęć skomentowania wszystkiego, co ociera się o absurd, głupotę i dowcip. Od spóźnionego pociągu do spraw grubych, politycznych, rangi państwowej. Głupota wywołuje żal, że to tak funkcjonuje. I rodzi się impuls. Wszystko i wszędzie może mnie zainspirować. Ale, uprzedzając pani pytanie, nawet jeśli jakaś myśl obudzi mnie w nocy – nie wstaję, by rysować. Robię to rano. Pamiętam.

Naszego zaprzyjaźnionego satyryka inspiruje nie tylko życie, ale także… ukochana wnusia, Helenka. To dla niej, gdy jeszcze chodziła do przedszkola powstały dowcipne, rymowane bajki, a później opowiastki w duchu słynnego „Mikołajka”. Miałam przyjemność wysłuchać kilku z nich i myślę, że nie zagrzeją długo miejsca w szufladzie… Czego autorowi i jego muzie gorąco życzę.

I cieszę się, że Ceper rysuje. U nas. Dla Was. Dlatego raz jeszcze zachęcam czytelników do lektury jego najnowszego tomiku z rysunkami. I do przyjścia, 7 grudnia, na promocję. Przypominam, godz. 17.00, Norwid.

Daria Śliwińska-Pawlak