Trzymałem kciuki, choć nie wierzyłem

4 Sierpień 2014
- Przyjechaliśmy do Zielonej Góry po naukę. Ale waszego modelu połączenia nie da się dosłownie skopiować – twierdzi Robert Raczyński, prezydent Lubina.

- Przyjechał pan do Zielonej Góry z liczną ekipą współpracowników. To robocza wizyta?

Robert Raczyński, prezydent Lubina: - Moja wizyta u prezydenta Janusza Kubickiego ma charakter oficjalny oraz przyjacielski. A wszystko z powodu waszego udanego połączenia. My też chcemy się połączyć, z lubińską gminą wiejską. Chcemy skorzystać z waszego doświadczenia i unikalnego know-how. Jednocześnie chciałem osobiście pogratulować prezydentowi Kubickiemu fantastycznego sukcesu. Bo choć trzymałem kciuki za wasze połączenie, to nie wierzyłem w wasz sukces.

- Dlaczego?
- Bo zielonogórska koncepcja połączenia oparta była o dialog, a ja nie wierzę w dialog.

- To ryzykowne słowa w ustach samorządowego polityka…
-
Ja nie wierzę w dialog z gminną władzą. Nie wierzę w dialog z wójtem czy gminnymi radnymi, bo błyskawicznie zderzyłem się z niechęcią gminnej arystokracji. Myśmy próbowali negocjacji. Ja miałem nawet obietnicę pani wójt, że pod koniec swojej kadencji poprze połączenie z Lubinem. Ale błyskawicznie schłodzono mój entuzjazm, dając do zrozumienia, że zgody gminnej władzy nie będzie.

- Może słabo negocjowaliście?
- Być może, ale istotą negocjacji jest rozmowa, strony przedstawiają swoje argumenty, szukają kompromisu. A tu totalna odmowa rozmowy. Zamiast dialogu, lodowata atmosfera. Z dnia na dzień zostałem wykreowany na wroga publicznego nr 1. Zamiast dyskutować o sensowności idei połączenia, rozpętano kampanię nienawiści pod moim adresem. W takich warunkach trudno negocjować.

- Pani wójt deklaruje zakończenie kariery politycznej, skąd zatem ten lubiński, miejsko-gminny stan zimnej wojny?
- Pani wójt od 4 lat jest w wieku emerytalnym. Dla niej połączenie gminy z miastem nie będzie żadną osobistą katastrofą. A jednak egoistyczny, wręcz kastowy interes gminnej arystokracji jest dla niej ważniejszy od interesu mieszkańców. Zachowuje się niczym partyjny czynownik, który uważa, że władzy raz zdobytej nie oddaje się nigdy. 

- Mając negatywne doświadczenia z „lubińskim” połączeniem, jak pan postrzega połączenie zielonogórskie?
- Jak cud, jak coś, co właściwie nie miało żadnych szans na powodzenie. Ale mrówcza robota prezydenta Kubickiego i jego zespołu dała zdumiewające efekty. Ja go osobiście podziwiam za liczne spotkania z mieszkańcami. Mało którego prezydenta stać na publiczne konfrontacje z przeciwnikami. Przecież wystarczy jeden wiejski krzykacz, by prezydenta zamienić w strzelniczą tarczę. Z własnego doświadczenia wiem, że w takiej sytuacji bardzo trudno postawić tamę wysokiej fali demagogii i zwykłych kłamstw.

- Czy do połączeniowego cudu dojdzie także w Lubinie?
- Mam nadzieję, właśnie dlatego przyjechaliśmy do Zielonej Góry. Po naukę. Ale waszego modelu połączenia nie da się dosłownie skopiować. Dlatego będziemy chcieli całą połączeniową strategię oprzeć o dwa założenia. Po pierwsze, w najbliższych wyborach samorządowych wystawimy własnego kandydata na wójta. Jeśli wygra, będzie nam łatwiej dialogować na temat połączenia. Po drugie, nowy wójt zorganizuje referendum. Będziemy chcieli także zaproponować mieszkańcom gminy naszą odmianę waszego Funduszu Integracyjnego.

- A jeśli mieszkańcy gminy powiedzą „Nie”?
- Doświadczenia prezydenta Kubickiego dowodzą, że warto postawić na ludzki rozsądek. Przecież nasi mieszkańcy nie są gorsi od waszych.

- Dziękuję.
Piotr Maksymczak